Beskid Żywiecki ze słońcem i śniegiem!

Po miesiącach podróżowania za granicami naszej pięknej Polski czas wreszcie zawitać na te wspaniałe tereny, które równie często, a może nawet częściej odpowiadają na nasze turystyczne  potrzeby, goszczą nas na swojej ziemi i spełniają nasze marzenia. Głównie będziemy chodzić po górach, ponieważ ten krajobraz jest zawsze zaskakujący, zapierający dech w piersiach, urokliwy, daje poczucie spełnienia, szczęścia, odpoczynku, relaksu, szacunku i to właśnie w górach mam zawsze wrażenie, że aktualne zmartwienia nic nie znaczą… Jeśli chcę odpocząć, zapomnieć, naładować się pozytywną energią, jadę w góry! Jadę w góry również wtedy, kiedy akurat jest okazja, bo inni jadą i mogę do nich dołączyć 🙂 Tę górzystą podróż rozpocznę od Beskidu Żywieckiego, gdzie miałam okazję gościć dwa razy. Właściwie to trzy, ale o trzecim razie opowiem kiedy indziej. Zatem, raz latem, raz  zimą. Zapraszam na kolejne podwójne spojrzenie na to samo miejsce z różnych perspektyw…

LATO

To był niezapomniany sierpniowy czas. Długi weekend obejmujący trzy święta skusił aż 13 osób na wspólny wyjazd. Zdecydowany rekord naszych możliwości. Umówiliśmy się o 5 rano na stacji benzynowej gdzieś na wylocie z miasta. Okazało się, że są wśród nas nowe osoby, więc miło było poszerzyć nasz krąg o świeżą krew. Pierwszy raz pojechało z nami dziecko, ośmioletni chłopiec, który samą swoją obecnością zmuszał nas do nowych, grzeczniejszych zachowań. Przyczyniło się to do niezliczonej ilości powtarzanego słowa „przepraszam” po użyciu innych wyrazów powszechnie uznanych za obraźliwe. Czyli mówimy po polsku, a nie po łacinie 😉 Czas goni, więc jedziemy! Pojechaliśmy na cztery samochody. Aby się nie zgubić chłopaki wzięli ze sobą „peemerki”, dzięki którym zawsze byliśmy na łączach. To obowiązkowy punkt programu!

Pierwszy nasz cel to schronisko Krawców Wierch. Jedno z piękniejszych miejsc, do którego chętnie się wraca. Gdy już się pokona najtrudniejszy odcinek drogi, czyli stromo pod górę, potem to już czysta przyjemność. Nie wiedziałam, gdzie idę, ale zapewniano mnie, że warto. To prawda. To był pierwszy raz, gdy spałam w bacówce. Zdecydowanie nie ostatni, bo takiego klimatu nie ma nigdzie indziej. Takich bacówek jest w Polsce dużo i każda wygląda podobnie, dzięki czemu wszędzie można czuć się tak samo dobrze. W górach, z ograniczonym prądem, ograniczoną wodą, z przepysznym jedzeniem i smacznym grzanym piwem. Najważniejsze jest jednak to, że ludzie tam są zawsze otwarci, ciepli, nietuzinkowi, z pasją.

Spaliśmy w pokoju wieloosobowym, czyli coś w sam raz dla naszej wielkiej gromady. Gdy przyszedł wieczór, znaleźliśmy idealne miejsce niedaleko schroniska na imprezę. W górach mają one cudowny charakter. Wszyscy śpiewają, dźwięki gitary rozbrzmiewają przez całą noc, żywy ogień w postaci ogniska lub świeczek nadaje blask naszym twarzom. Nagle okazuje się, że wszyscy znają piosenki i dają się ponieść chwili. Na pewno jest wtedy głośno, bardzo głośno i muszę przyznać, że uwielbiam ten czas! Uwielbiam te spotkania i ten klimat! To właśnie wtedy hitem było jajo prawdy, a pytanie wyjazdu „a jak łódź przypłynie?” nadal nie doczekało się odpowiedzi…

Ranek był ciężki, ale piękny. Słońce świeciło mocno i swoimi promieniami łaskotało nasze zmęczone oczy. Śniadanie na trawie z widokiem na góry to naprawdę chwila, która mogłaby trwać wiecznie, ale… przed nami jeszcze droga do pokonania. Naszym kolejnym celem stała się Hala Lipowska nieopodal góry Pilsko, czyli drugim po Babiej Górze szczycie w Beskidzie. Jak opowiedzieć krętą drogę pod górę przez las? Z jednej strony zawsze jestem na siebie zła, że sama sobie to robię, z drugiej strony uwielbiam to i gdy złapię już rytm wędrówki odczuwam w tym dużą przyjemność, satysfakcję, wolność i spełnienie. Nigdzie się tak nie odpoczywa jak w górach. Mogę padać na twarz, a jednocześnie czuję się wspaniale. Gdy dotarliśmy na miejsce oddaliśmy się temu, co w górach jest naprawdę fantastyczne, czyli jedzeniu! Pewnie Ela nie bardzo by chciała wspominać, jak podając wszystkim przepyszne smakołyki sama czekała na swoje danie przeszło 1,5 h, które przecież najszybciej się robi 😉 Oj, nie można było wtedy do niej podchodzić…

Całe popołudnie spędziliśmy obserwując przepiękne widoki, wpatrując się w chmury na czysto niebieskim niebie, śpiąc w trawie, smagani ciepłym wiatrem. Brzmi idealnie? Yes, it did! 🙂 Błogo nam mijały te godziny. Kolejnego dnia trzeba było jednak już kierować się do Glinki, gdzie zostały nasze samochody, bo przecież to krótki wyjazd weekendowy. Szybki strzał pozytywnej energii. Nie będę tu jak nasi wieszcze narodowi poświęcać kilku stron opisom krajobrazu, bo trzeba to zobaczyć na własne oczy. Poczuć ten zapach ziemi i drzew, ujrzeć intensywny kolor jarzębiny, zasmakować słodyczy jarzyn, malin i poziomek, przejść obok tamtejszych domostw i kapliczek, aby móc w pełni to docenić. Zachęcam to doświadczania…

Powrót do domu też był ciekawą historią, ponieważ ulubiony Subarak Kowiego doznał urazu wewnętrznego, co zaowocowało tym, że zamiast wracać ileś godzin, wracaliśmy ileś więcej nie przekraczając bodajże prędkości 80 km/h. Cóż… przygoda potrwała dłużej, i dobrze! 🙂

 ZIMA

Beskid Żywiecki zawitał w naszych sercach na dobre, ponieważ parokrotnie stał się on celem podróży. Mój drugi raz był w marcu tego mijającego już roku. Jak to zwykle bywa, gdy długo na coś czekasz – właśnie wtedy psuje się pogoda! Piękne słońce, ciepło, a gdy nadszedł ten upragniony weekend to musieli zapowiedzieć deszcze. Całą drogę było spokojnie, więc jechaliśmy tam pełni nadziei. Zdążyliśmy tylko zaparkować, gdy zaczął padać wywołany i wspomniany… sam wiecie kto. Od razu musieliśmy ubrać na siebie wszystkie ciepłe ciuchy, nieprzemakalne gore i inne membrany, aby móc w spokoju wędrować. Jak się potem okazało nic to nie dało, bo gdy non stop, nieprzerwanie pada jak z wiadra to nawet najlepsze profesjonalnie okrycia się nie sprawdzają…

Rozpoczęliśmy naszą wędrówkę ponownie od Krawców Wierch. To taki dobry punkt wypadowy, najgorsze podejście na początku i potem już tylko sama przyjemność. Nie wiem, jakim cudem, ale nagle przestało padać, na chwilę. Wtedy wszystkie rękawiczki zaczęły magicznie parować. Woda wręcz się z nich wydzierała pozostawiając szron na zewnętrznej powierzchni. Powoli zaczęło się robić coraz cieplej. Nawet morale nam podskoczyły o pare stopni i już lepiej się szło mimo że i tak wszystko dookoła było mokre. Najważniejsze to złapać rytm! Z przyjaciółką złapałyśmy go bardzo szybko, poruszyłyśmy tematy od najprostszych plotek do skomplikowanych teorii technologicznych i dzięki temu nie zauważyłyśmy kiedy upłynęła nam droga. Zauważyłyśmy jednak, że im bliżej było do celu, tym więcej było śniegu… Dawno nie widziałyśmy śniegu… Na Krawców było zupełnie biało. Nie było nic widać. Jedno wielkie bielmo, ślepota, mleko i mgła. Z przyjemnością weszliśmy do środka, aby móc się przebrać w ciepłe, suche rzeczy, coś zjeść i przede wszystkim napić się grzanego piwa.

Bacówki mają swój urok. Pani nam zakomunikowała, że ogrzewanie i światło będzie dopiero za trzy godziny. Chcieliśmy wysuszyć rzeczy, a tu taka niespodzianka. No nic, to przynajmniej przebierzmy się w coś suchego. I tu nastąpiła druga niespodzianka… Wszystko w plecaku było mokre! Nawet śpiwór! Nawet pieniądze w portfelu! Oj… to nie będzie miłe… Gdzie to piwo zatem? To jedno nas nie zawiodło 🙂

Następnego dnia wybraliśmy się na Rycerzową. Po kostki w śniegu, ale tak jest zdecydowanie lepiej niż w deszczu. Przecież dopiero co zdążyły nam wyschnąć ciuchy… I humor zaczął dopisywać i dziarsko się szło. I drogę się zgubiło, bo nagle zniknęły oznaczenia szlaku. Trzeba sobie jednak jakoś radzić. Napotkaliśmy słupek graniczny ze Słowacją i stwierdziliśmy, że najlepiej będzie iść wzdłuż granicy – to na pewno nas doprowadzi do jakiegoś porządnego miejsca. Doprowadziło. Do przejścia granicznego, do drogi. Gdy zeszliśmy z gór, wyszliśmy z lasu to zaczęło znowu padać… Na początku delikatnie, ale szybko się rozsierdziło i po paru minutach, szybkich krokach, niecenzuralnych słowach byliśmy przemoczeni do suchej nitki. Zatrzymaliśmy się na jakimś przystanku autobusowym, aby choć przez chwilę było sucho, aby pocieszyć się czekoladą i ciepłą herbatą. Nagle w sprytnej głowie pojawił się pomysł. Jeden telefon i przyjechał po nas bus, który podwiózł nas pod szlak prowadzący wprost do schroniska. To było jak prezent na gwiazdkę 🙂

I tu zaczęły się schody. To było dopiero strome podejście. Co tam Krawców przy tym! Stromo, wysoko, ślisko, błotniście, potem śnieżnie i długo! Gdzie ta bacówka? Jak ją ujrzałam to czułam się przeszczęśliwa, że zaraz znów będzie dach nad głową. Tym razem byłam mądrzejsza i śpiwór zapakowałam w torbę foliową, dzięki czemu mogłam się szybko ogrzać przy… grzańcu. Potem poszła w ruch gitara i już każdy zapomniał o tym, co się dzieje na szlaku.

Następnego dnia jedni znajomi nas opuścili i deszcz przestał padać, jak ręką odjął. Zaczęło nawet wychodzić słońce! JONASZE! 🙂 Udaliśmy się z uśmiechem do ostatniego miejsca naszej podróży, czyli na Przegibek. Momentami było ślisko, ale jakże przyjemnie gdy nie leci nic na głowę! Zaczęliśmy zwracać uwagę na to, co było dokoła. Już nie liczył się tylko cel, ale i droga. Wiecie jak pięknie wyglądają korytarze wydrążone przez korniki? A wiecie, jakie to destrukcyjne dla drzew? Wyrąb lasów jest na tych terenach w mocno zaawansowanej fazie. Gdy się przejaśniło namnożyło się drwali, zrobiło się głośno od pił mechanicznych, a krajobraz się przerzedził… Smutna obserwacja.

Przegibek przywitał nas bardzo towarzyskim  kotem i zaprosił do środka. Na miejscu zrobiliśmy sobie pełen relaks. Graliśmy w karty, w fasolki, urządziliśmy sobie festiwal jedzenia. Byliśmy sami w schronisku, więc Panie gotowały tylko dla nas. Pierogi były mrożone, ale za to jajecznica… pierwsza klasa!

Ostatniego dnia było już całkiem ciepło i słonecznie. Zdecydowałam się nawet na zdjęcie czapki, potem kurtki 😉 Nie był to jednak dobry pomysł, bo wszystkie te wahania pogodowe doprowadziły do tego, że wróciłam do domu chora. Ale warto było to przeżyć i zobaczyć!

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s