Czarnogóra na cztery fajery!

IMG_8231Naszą cudowną podróż do Czarnogóry można podzielić na cztery etapy. Zdecydowanie za krótko tam byliśmy, ale jestem przekonana, że Bałkany jeszcze ugoszczą nasze turystyczne stopy. Nie raz… Jak do tej pory pojawiliśmy się w Barze, Budvie, Willi bez adresu i Kotorze. Wszystkie te miejsca mają swój specyficzny klimat i każde z nich jest warte odwiedzenia. Zacznijmy od najprzyjemniejszej nazwy ever!

BAR

Gdy na początku już po godzinie mieliśmy dość Belgradu wsiedliśmy w pociąg, który nas zawiózł prosto do Baru. Jak się potem okazało była to fantastyczna decyzja, ponieważ droga, którą pokonaliśmy należy do jednej z najpiękniejszych w Europie. Jak sama nazwa kraju wskazuje, cały krajobraz jest mocno górzysty, pełen zieleni i bardzo malowniczy. W każdej minucie zachwyt porywał nasze serca. Oczywiście tylko wtedy, gdy akurat nie jechaliśmy przez tunel. Jest ich tam miliony. Co chwila z jednego się wyjeżdża a do drugiego wjeżdża. Pełen szacunek dla ludzi, którym chciało się kuć w tych skałach. Dojechaliśmy na miejsce późnym wieczorem około 22:00 i nie mieliśmy gdzie spać. Na dworcu było jednak wiele osób, które od razu oferowały wolne pokoje. Wybraliśmy kwaterę nad morzem z ładnym widokiem na wodę. Jak łatwo można się domyślić, na obietnicach się skończyło. Okazało się, że jest to nieotynkowany budynek, niedokończony z wystającymi prętami, bo trzeba bojkotować podatki, a do morza było co najmniej 20 minut spacerem. No, ale o tak późnej porze nie mieliśmy ochoty szukać czegoś innego. Ważne, że jest prysznic, ciepła woda i dach nad głową. Wytargowaliśmy pare Euro mniej na głowę i zostaliśmy tam. Przed snem jeszcze obowiązkowe sprawdzenie gdzie jest to morze. A tam, pełen festyn. Mnóstwo drewnianych pawilonów, dużo jedzenia, pamiątek, muzyki rodem disco. Wszystkie popularne przeboje przetłumaczone na serbski i dawaj! Plaża kamienista, woda zimna, ale jesteśmy tu! W drodze powrotnej trafiliśmy do restauracji, której dach pokryty był wijącymi się pnączami zieleni, a nad naszymi głowami wisiały owoce niedojrzałego jeszcze kiwi. Zjedliśmy naszą pierwszą plaskawicę i wypiliśmy pierwsze Niksićko. Chwala!

 

BUDVA

Następnego dnia wzięliśmy „taksówkę” i po uprzednich negocjacjach cenowych udaliśmy się do Budvy, kolejnego turystycznego miasteczka na lewym wybrzeżu Czarnogóry. Aby opisać to miejsce to najkrócej można powiedzieć, że jest ono jak nasze polskie Władysławowo. Mnóstwo ludzi, gwar, ogrom sklepów z pamiątkami, bulwar kiczu, laserów i dyskotek. Z każdej dochodzi inna muzyka, łupanina, serbskie disco. Dużo pań skąpo ubranych i mężczyzn łypiących na nie spod oka. Polowanie w lachonarium 😉 Generalnie nie da się odpocząć. Na szczęście my mamy zarezerwowany dom z basenem w górach! Ehh… ale dopiero od dnia następnego, więc trzeba znaleźć nocleg na tę jedną noc. Ciężko jest, szczególnie w weekend przekonać  kogoś, aby przyjął dziewięć osób tylko na pare godzin, do tego Polaków czasem, jak wszędzie, mylonych z Rosjanami… Część z nas została pod sklepem sącząc zimne, grapefruitowe Niksićko, a reszta poszła na łowy. Tylko jednemu człowiekowi się udało, ale ważne, że mamy gdzie spać, idziemy! Tylko w którą stronę? Załatwione, umówione, drogę zapomniał… Bałkańskie duchy jednak nad nami czuwały i dotarliśmy na miejsce. Pani na początku była bardzo sceptycznie nastawiona, ale po naszej wizycie zmieniła zdanie o Polakach i w prezencie dała nam dziurawy materac basenowy ;). Postanowiliśmy wieczorem iść na obchód miasta w nadziei, że jest tu coś oprócz męczącego zgiełku. Było. Starówka. Piękne, wąskie, klimatyczne uliczki. Wysokie kamienice, mury obronne i magiczne przejście do baru nad morzem. Siedzieliśmy przy stoliku nad samym brzegiem, a fale szumiały tuż obok nas. Można się zatracić. Nie mogliśmy się doczekać jednak już naszej rezydencji. Była coraz bliżej…

IMG_8174

WILLA BEZ ADRESU

Ruszyliśmy w drogę. Dom był w miejscowości pod Budvą. Rezerwację mieliśmy jednak dopiero od 17:00, więc do tego czasu trzeba coś robić. Piękna, słoneczna pogoda zmusza do jednego: plaża, woda, kostiumy, słońce, lenistwo. Musieliśmy tylko znaleźć odpowiednie miejsce. Szliśmy i szliśmy aż w końcu doszliśmy, jak się potem okazało do prywatnej plaży nieopodal wyspy Świętego Stefana, zamkniętej mini metropolii dla bogaczy. Wstęp na plażę kosztował 75 Euro od osoby, więc postaliśmy przy tabliczce i z tej perspektywy podziwialiśmy widoki. Przenieśliśmy się do miejsca bardziej przyjaznego dla biednych turystów i tam zostaliśmy całe popołudnie. Niedaleko od brzegu znajdowała się mała wyspa, na której stał mały kamienny budyneczek. Ciekawość wzięła górę, co to jest??? Odkrycie było fascynujące. Otóż w tym domku, w budzie dla psa mieszkała para… kura z kogutem! Nie mieliśmy śmiałości im długo przeszkadzać. Zbliżał się nasz czas odbioru kluczy. Pod sklepem, po dużych zakupach złapaliśmy taksówkę, która miała nas zawieść do raju. Adres? Nie ma adresu. 3 km krętą drogą w górę i przy tablicy „for sale” w prawo, bo w przeciwną jest szlak na Monastyr. Dziwnym trafem tylko cena ustalona na dole sporo się zmieniła, gdy dojechaliśmy na miejsce… Po rosyjsku dogadać się potrafił tylko jeden kolega, więc wybuchła zatem miłość, bo „Misza to dobry czeławiek”. Na cenę to jednak nie miało większego wpływu ;). Droga kręta, stroma, konie chodzą wolno, samochód ledwo dyszy i rzęzi podjeżdżając pod te skosy, ale się udało. Naszym oczom ukazał się biały domek  i nasz „house keeper” Zoran ze śnieżnobiałymi zębami. Dusza człowiek! Otwarty, uczynny, niesamowicie miły, uprzejmy. Obdarzył nas ciepłem, poczuciem swobody i pomagał, jak tylko mógł. Gdy popsuł mu się samochód i nie mógł nam go pożyczyć, abyśmy mogli pojechać po zakupy przepraszał nas za to, że ma takie stare auto… Kochany!

Willa też była cudna. Ogromna, na 9 osób w sam raz. Wyposażona we wszystko, o czym mogliśmy tylko pomyśleć i czego mogliśmy potrzebować. Duża, widna kuchnia z całym sprzętem, łącznie z ekspresem do kawy. Pralka. Milion łazienek. Piękny, duży taras, na którym można jeść wszystkie posiłki, opalać się, ale jednocześnie osłaniać od słońca, imprezować, spać, relaksować się i znów imprezować. Piękny widok, który w każdej minucie dnia i nocy koi oczy, duszę i serca. Potrzeba ochłody? Był tam też duży basen, do którego w każdym momencie można było wskoczyć nie przejmując się niczym. To wszystko tam było… To wszystko tam jest! Basen z perspektywy leżaka wygląda jak przedłużenie zatoki, w której leży gwarna Budva. W zasięgu naszych oczu, a jednak tak daleko. Można się tam poczuć jak na dachu świata. Ja i my wszyscy się tak czuliśmy przez 7 dni non stop! Co jakiś czas zaglądał do nas zielony laser z nadmorskiej dyskoteki, ale to tylko potwierdzało fakt, że tylko światło może do nas dotrzeć. Po królewsku, w górach mijały nam leniwie dni. Tak naprawdę odróżnić je od siebie można głównie po posiłkach, ponieważ codziennie ktoś z naszej cudownej grupy kucharzy przyrządzał jakieś specjały dla całej gromady. Nieprzyzwoicie błogo nam  było!

W ciągu tych dni mieliśmy pare urozmaiceń zahaczających o wyjście z naszej oazy… 4xZ.

ZAKUPY! Przecież musieliśmy mieć jedzenie. To była zawsze wyprawa. Dopóki Zoran mógł nam pożyczyć samochód było całkiem łatwo, nie licząc konieczności opanowania trudnej sztuki parkowania kiedy to trzeba było pod maską odłączyć zasilanie, aby przypadkiem auto… nie ruszyło? Nie stoczyło się? Nie wybuchło? Cokolwiek! Trzeba było i koniec! Potem było gorzej, bo głód wymagał od nas zejścia do miasta, skorzystania z transportu (pod)miejskiego lub taksówki, które jak już wiecie ciężko wynegocjować. Są jednak priorytety – lodówka musi być pełna, jak królewska grupa odpoczywa ponad światem. Pełne wózki zapakowane dobrociami. Jeden wózek alkoholu – ciepło jest, pić się chce. Ciekawostka – w sklepach nie ma żadnych przypraw. Jakieś podstawowe i to też jak się człowiek dobrze przyjrzy. Poznaliśmy przy tym jednego Pana Taksówkarza, Serba, który bardzo się z nami zaprzyjaźnił i z chęcią woził w różne miejsca – głównie damską część. Nie przeszkadzał mu nawet fakt, że przy podjeżdżaniu pod naszą górę gotował mu się samochód i potem przez jakiś czas nie mógł odpalić i ruszyć dalej. Poraz kolejny okazuje się, że Serbowie i Polacy to dwa bratanki. I dobrze!

ZEJŚCIE! A taki tam kaprys zejścia na dół i wędrówki pod górę skoro jesteśmy w tak pięknym miejscu i lubimy góry… Żałowane przy podejściu. Przy 40*Celcjusza, gdy słońce świeci Ci prosto w twarz, kark, serce, mózg i nie da się iść. Gdyby nie polewanie się wodą, gdyby nie mrożona woda z cytryną i z lodem zrobiona przez dobrego człowieka już na mecie umarłabym na pewno! Do basenu! 🙂

ZĄB! Wiecie, że jak się je tamtejszy chleb to trzeba uważać na żwir w ustach? Do zapamiętania! Nie łuskane ziarna łamią zęby i zmuszają do wycieczki do bałkańskiego dentysty… A tam? Za 5 Euro można sobie zrobić wszystko! Wydasz max 10 Euro i masz uśmiech jak z reklamy Colgate. Teraz już wszystko jasne skąd Zoran taki piękny. Można tam pojechać, wyleczyć się i wrócić. Szybko, tanio, bez problemu. Na szczęście jednak to nie ja musiałam to sprawdzać 😉

ZABAWA! Zostawiłam to na koniec, bo to nie taka byle jaka zabawa, nie impreza. To rafting w kanionie rzeki Tara. Wstaliśmy bardzo rano i ruszyliśmy na transport. W ciągu trzech godzin przejechaliśmy cały kraj pod granicę z Bośnią i Hercegowiną, gdzie poznaliśmy naszego instruktora. Profesjonalnie nas nakarmili w nadbrzeżnej stołówce, gdzie nawet pachniało, jak w podstawówce. Podziw i szacunek dla kierowców busów, którzy prawie z zamkniętymi oczami szusowali po krętych dróżkach i na milimetry mijali innych użytkowników tamtejszych dróg. Mieliśmy fajnego instruktora, Borysa, który wołał na nas „English people”. To dosyć istotne, bo wokół byli sami Rosjanie, jak wszędzie. Widać było, że koleżka jest starym wygą w tym temacie. Robi pare tysięcy spływów w sezonie, zna każdy milimetr rzeki, każdy prąd, każdy wir, spadek. Idealnie wiedział, gdzie zrobić jaki ruch wiosłem, aby było i fajnie i bezpiecznie jednocześnie. Tam gdzie było bardzo spokojnie mieliśmy okazje podziwiać widoki. Woda była tak czysta, że widać było każdy kamyczek na dnie. Myślałam, że jest tam góra metr głębokości, okazało się, że osiem… Borys opowiedział nam historię, jak miesiąc wcześniej instruktor, który nie znał rzeki, a myślał, że jest Panem wszystkich wód doprowadził do tego, że jedna kobieta zginęła podczas raftingu. Niezbyt przyjemna opowieść. Ciężko było uwierzyć, bo nurt wydawał się całkiem spokojny… Borys jednak twierdził inaczej. Co jakiś czas mieliśmy przerwy. Na jednej z takich przerw był wodopój i lodówka na napoje zrobiona z wyżłobionych żerdzi przez które przelewała się lodowata woda z rzeki. Nawet piwa i wódki tam nie zabrakło. Amatorzy z wielkimi brzuchami się na tę wódkę skusili i potem w całym kanionie słychać było rosyjskie krzyki. Trzeba przyznać, że jest to świetna zabawa ten rafting. Płyniesz w pontonie, w kapoku i w kasku, musisz się zgrać z drużyną, aby równo wiosłować, woda się leje, fale Cię oblewają, hopki się robią przez wiry i skały, laski piszczą. Taki rejs trwa około 3 godzin, a mija jak 20 minut. To był mój drugi rafting w życiu i tak się składa, że w tym samym sezonie, ale za każdym razem adrenalina jest taka sama… 🙂

KOTOR

DSCF1983Ostatnim naszym nowym przystankiem w Czarnogórze zanim wróciliśmy do Baru obrzydliwym, rozpadającym się, brudnym i przepełnionym ludźmi autokarem był przepiękny, klimatyczny i magiczny Kotor. Nazwa chyba pochodzi od kotów, których jest tam zatrzęsienie. Na każdym kroku jakiś śpi sygnalizując, że ma generalnie wywalone na wszystko 🙂 Taki relaks to podstawa! Naszą wizytę w tym mieście rozpoczęliśmy od obiadu na starówce. Byliśmy głodni, ponieważ podróż z naszym taksówkarzem trochę trwała… Pamiętacie jego gotujący się samochód? No właśnie. Było bardzo gorąco. Na szczęście stara maksyma: „potrzeba matką wynalazku” znalazła swoje miejsce i tu. W restauracji położonej pośrodku urokliwych kamienic i katedry czeka na gości bryza. Para wodna zapewniająca powietrzu wilgotność, człowiekowi chłód i ulgę. Nasz plan był prosty – zostajemy tu. Trzeba jednak znaleźć miejsce do spania. Dwóch kolegów zgłosiło się na ochotników. To nie moje wspomnienia, ale z relacji prawie na żywo mogę donieść jak to przebiegło. Był krótki spacer, jedno pytanie, drugie i już zostali zaproszeni na jednego. Ten jeden był oczywiście przed przystąpieniem do jakichkolwiek rozmów. Potem okazało się, że ten zna tamtego, który zna tamtą, ale jej nie ma, więc ktoś może nas zaprowadzić do niego, bo on się opiekuje i może nas przyjąć. I tak znaleźliśmy się w naszym nowym lokum. Stara brudna kamienica (na szczęście tylko z zewnątrz) w bocznej uliczce, cały czas na starówce. Obok kawiarnia. Na pierwszy rzut oka nic specjalnego. Na drugi jednak już było inaczej… Ale o tym za chwilę… Pokoje zadbane, czyste, dobrze wyposażone, łóżka bardzo wygodne. Chwila odpoczynku i poszliśmy na spacer w poszukiwaniu obiadu. Nigdy nie sądziłam, że wiszące pranie może być tak fascynujące. Nadaje klimatu i swojskości, a w rozmiarze 10xXXXL wygląda uroczo! Wszędzie są koty, ktoś wrzucił do kanałku cały chleb, aby nakarmić kaczki, nad zatoką bawią się dzieci, ktoś gra w piłkę, ktoś zmontował trampolinę i odbywają się tam lokalne zawody skoków do wody. Promenada wypełniona jest knajpami, odbywa się kurs tańca latynoskiego. Szkoda tylko, że nie ma plaży, choć betonowa plaża tez ma swój urok… jakiś… 😉 Skąd turysta może wiedzieć gdzie dobrze zjeść? Są dwie drogi. Z przewodnika lub, ta preferowana, od tzw. „lokalsów”. Tam gdzie jedzą oni tam jedz i Ty. I miej świadomość, że jeśli Twój gospodarz Ci polecił, gdzie iść to zapewne właściciel lokalu to dobry kolega właściciela miejsca, w którym mieszkasz, taka symbioza. To jest zazwyczaj bardzo dobra droga. Dotarliśmy do niewielkiej knajpy, której z zewnątrz prawie nie widać. Jedzenie pyszne, wino pyszne, Nikśićko też jest. Dużo mięsa, dużo szopskiej lub ziemniaki dla chorych, pozdrawiam! 😉 A co wieczorem? Wieczorem przyszła do nas impreza i wtedy okazało się, że lepiej trafić nie mogliśmy. Nasza kawiarnia, spokojna i cicha za dnia okazała się centrum dobrej zabawy, świetnej muzyki, inspirujących wizualizacji w nocy! Wystarczyło w kapciach wyjść na schody i już było się w klubie. Nie omieszkałyśmy z tego nie skorzystać. Mieszkaliśmy prawie na parkiecie, więc trzeba tańczyć! Można powiedzieć, że byłyśmy w super widocznym miejscu, tylko kapci nie było widać… Let’s dance!

DSCF2004

Następnego dnia już trzeba powoli udawać się w drogę powrotną do Baru. Bosz… ten miejski autokar był tragiczny. Aż cud, że jeździł. Kierowca przyjął wszystkich chętnych na podróż, bo nie ważne jest, że liczba miejsc jest ograniczona. Gdy słońce świeci i klimy brak to najlepiej na pare godzin zamknąć się na paru metrach kwadratowych w 50 osób – do zapamiętania! 🙂 Miałam to szczęście, że trafiło mi się miejsce siedzące. Ale jakie… na samym końcu, bez otwieralnego okna, obok cygańskich dzieci. Fotel luźno jeździł w tył i w przód przy każdym zrywie prędkości, a dookoła mogłam podziwiać co jedli moi poprzednicy, co pili, czy mieli katar. Ktoś nawet podczas podróży obcinał paznokcie…

hmmm to kiedy ten Bar i dlaczego to jest tak daleko????

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s