Jak nie zdążyć na samolot w 9 osób?

To jest bardzo dobre pytanie. Przez długi czas nikt z całej naszej dziewiątki nie był w stanie powiedzieć co się właściwie stało, że nie polecieliśmy samolotem tego dnia. W zasadzie do dziś jawi się to jako tajemnica roku 2013, która jeszcze nie doczekała się swojego rozwiązania. Ja mam małą tezę na ten temat… Przecież wszystko było zaplanowane, sprawdzone, przemyślane, w najmniejszych szczegółach. Cały zestaw budzików nastawiony, plan działania opracowany, zadania rozdzielone. A jednak. No tak, tylko jak? Dlaczego? 

Zebraliśmy się, aby jeszcze załapać się na ostatni autobus, który nas zawiózł na lotnisko na drugi koniec miasta, za miasto właściwie. Trochę głupio było tak wcześnie się pakować, ale są priorytety. Noc spędzimy na lotnisku, tak będzie bezpieczniej i snu nieco więcej. Samolot mamy dopiero rano, więc przez parę godzin pomieszkamy na terminalu odlotów. Musimy tylko znaleźć odpowiednie miejsce. Kissing pointów brak, więc szukamy czegoś innego. Jakie to magiczne miejsce musi spełniać standardy? Pomieścić 9 osób, co wiąże się z rozłożeniem 9 karimat, 9 plecaków, 9 par butów… Nie może tam być obcych ludzi, abyśmy mogli poczuć się swobodnie. Nie może wiać. Musi być względnie blisko do toalet i jednocześnie do odprawy. Udało się takie lokum znaleźć. Co prawda w dziwnym miejscu, jakby pomiędzy, w korytarzu, ale wszystkie wymagania zostały spełnione. To jest takie dziwne uczucie, gdy idzie się do publicznej toalety, aby przygotować się do spania. Trzeba zmyć makijaż, umyć zęby, twarz, paszki, nóżki – to takie minimum. Można tez umyć głowę, grzywkę, wysuszyć włosy. Kosmetyki i ubrania już leżą wszędzie, już jest tak swojsko. Ktoś wpadnie przelotem , na chwilę, umyć ręce i patrzy się tak spod oka podczas, gdy Ty czujesz się już jak w domu. Idziesz potem przez środek hali odlotów z kosmetyczką w dłoni i ręcznikiem przewieszonym przez ramię. No co? Idziesz przecież spać 🙂

Jeszcze wcześniej była kolacja, w między czasie jakiś serial i palulu. Czy ja napisałam coś o 9 karimatach? Zdecydowanie było ich mniej. U mnie np. pod śpiworem były zaledwie dwa ręczniki i super twarda podłoga. Plecak robił za poduszkę. Zmęczenie jednak wzięło górę. Nie ważne, że boli, że czuć każdą kość i każdy mięsień, że jarzeniówka świeci prosto w oczy. Ważne, że na głowę nie pada!

Rano gromadna pobudka poszła całkiem sprawnie. Każdy telefon pograł chwilę i zrobił się ruch. Śniadanie, wizyta w prywatno – publicznej łazience i pakowanie „rumun paczek”. Czego? Idea tego wynalazku opisana jest w osobnym wpisie. Tak na szybko – sposób pakowania bagażu rejestrowanego. Strategia jest, podział na patrole jest, wykonanie jest, idziemy! O nie! Ktoś zapakował dokumenty tam, gdzie nie potrzeba, więc rozrywamy, szukamy, wyjmujemy, składamy, wiążemy, pakujemy, zaklejamy, idziemy! Dziarskim krokiem, z wózkiem i naszymi bagażami do nadania zbliżamy się do punktu, który właśnie dokładnie w tym samym momencie się… zamyka. Ale jakto? Przecież jeszcze my, za 40 minut odlatujemy… I pani zaczyna tłumaczyć po madziarsku, po angielsku, że koniec, że czas się skończył i ona już niestety nie jest w stanie nam w żaden sposób pomóc. Poleciła nam iść do odprawy celnej i potraktować to jak bagaż podręczny. TO? Czy ona TO w ogóle widzi???? Tam nam powiedzieli, że oczywiście nie może być żadnych płynów powyżej 100 ml…

… więc rozrywamy, szukamy, wyjmujemy, składamy, wiążemy, pakujemy, zaklejamy, idziemy! Cały alkohol… na prezenty, na miłe powakacyjne wieczory, na pamiątkę – wyjąć i zostawić! Wszystkie kosmetyki, wyrzucić. W tej chwili nie czas na sentymenty, liczą się sekundy. Niestety, nasze bagaże są za duże, nie mieszczą się w skanerach, zamykają bramkę, samolot odleciał… bez nas! Wściekłość i niedowierzanie targały każdym z nas. Na twarzach pojawił się jeden wielki grymas ewoluujący od stanu zaskoczenia po frustrację, zapadła cisza. Skoro nie lecimy to zabierzmy chociaż nasz alkohol! Dwa ostatnie zdania trwały może minutę. Tyle też wystarczyło, aby nasz pozostawiony na chwilę dobytek zniknął jak kamfora i nagle nikt w całej okolicy nie ma bladego pojęcia co się z tym stało. Nikt nic nie widział. NIKT! Wszystkie kosze nagle się opróżniły, butelki rozpłynęły się w niewicie. Tylko nadszarpnięte wino pozostało, jako dowód, ze to wszystko działo się naprawdę, że to nie nasze urojenie. Nie ma ani samolotu, ani alkoholu, ani kosmetyków… Węgierski trójkąt bermudzki!

Zła energia w nas wtedy wstąpiła i próbowaliśmy się wykłócić o nasze prawa, ale okazało się, że ich nie mamy i nikt nie był w stanie i raczej nie chciał pomóc. W takiej sytuacji po prostu TRZEBA ZAPALIĆ PAPIEROSA! I co my teraz zrobimy? Tego dnia mieliśmy wrócić, aby odpocząć przed kolejnym dniem, powrotem do rzeczywistości. Ktoś ma pracę, umówione spotkanie, ktoś zaczyna nową pracę, ja na szczęście miałam wolne! Staliśmy tak przed wejściem na lotnisko i próbowaliśmy ogarnąć to, co się przed chwilą stało. Nagle w okno wleciał ptak. Zderzył się z szybą i spadł pomiędzy nas nieruchomo. Wszyscy zamilkli i patrzyli na siebie z niedowierzaniem… Taki znak, jakby przepowiednia, paradoksalnie trochę otuchy, że może jednak dobrze się stało.

Chwilę potem nadeszła pomoc z Polski. Jak to miło, że jest ktoś, kto o tak wczesnej porze siedzi przy komputerze. Okazało się, że mamy pociąg tego dnia, który jedzie do Warszawy, samolotów brak. Pociąg = dłuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuga podróż. Przypominam, że jesteśmy w Budapeszcie. Nie mieliśmy jednak wyjścia. Czyli znowu w autobus, metro i po raz kolejny na dworzec. A już myśleliśmy, że już więcej nie zobaczymy tej ruiny. Bilet pochłonął cały mój budżet na przeżycie do końca miesiąca, ale przecież wrócić trzeba. I to też była bardzo ciekawa podróż! 🙂 Czemu? Bo przez Słowację, w środku dnia, można obserwować okropne okolice przytorowych krajobrazów. Zapoznaliśmy imprezowych kalifornijskich gości, którzy urządzili sobie  party tour w Europie i jeszcze mieliśmy przesiadkę po drodze. Przesiadkę niebylejaką. Gdzieś w maleńkiej wiosce pod Bratysławą i dano nam na tę akcje tylko… 4 minuty! To chyba całkiem zrozumiałe, że pytanie „czy na pewno nie będzie opóźnienia?” nabiera na znaczeniu, prawda? Gdy dojeżdżaliśmy do stacji wszyscy byli już w blokach startowych. Jaki jest plan? Nie ważne, gdzie wsiądziesz, ważne, żeby do odpowiedniego pociągu, a potem się znajdziemy. To było ekscytujące. Gdyby ten drugi pociąg nie był na tym samym peronie to na pewno byśmy nie zdążyli. Ułamki sekund. Ledwo ostatnia osoba wskoczyła do wagonu, a pociąg ruszył, ufff…

Człowiek jednak szybko przyzwyczaja się do nowego. Do palenia wszędzie, do swobodnych rozmów po polsku ze świadomością, że i tak nikt Cię nie rozumie, do picia piwa pod okiem ludzi wokół. To takie dziwne, gdy nagle dostaje się reprymendę za coś, co jest przecież powszechnie akceptowalne. Przepraszam, to było do mnie? O kurcze, jesteśmy już w Polsce. Jak to było? Co wolno, a czego nie? 😉

No tak, opowiedziałam jak to przebiegło, ale nadal nie odpowiedziałam na pytanie „dlaczego?”. Myślę, że jest to dosyć prozaiczny i mało spektakularny powód. Byliśmy już odprawieni, wystarczyło tylko nadać bagaż. Pomyliliśmy po prostu godziny podane na karcie pokładowej. Tak czy nie? Czy ktoś ma inną koncepcję? Może ktoś ma jakąś bardziej mistyczną teorię? Dobrze by było, jakby się okazało, że to nie zwykłe roztrzepanie, tylko siła wyższa, która chciała, abyśmy jeszcze coś ciekawego przeżyli 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s