Norway – be strong!

IMG_7192Lysebotn przywitało nas mokrą aurą. Po paru dniach w Norwegii byliśmy jednak już do tego przyzwyczajeni, więc nawet nie zrobiło to na nas większego wrażenia. Zresztą to wszystko to i tak pikuś w porównaniu do tego, co było jeszcze przed nami… Kolejnym punktem naszej wyprawy był Kierag, powszechnie znane turystycznie miejsce, gdzie między górami wisi głaz, a ludzie robią sobie na nim zdjęcia prezentując swoją odwagę i wszechmocne zdolności. 😉 Brzmi zacnie, więc naturalnym jest, że ten punkt podróży musiał się znaleźć i w naszych planach.

Chcieliśmy zostawić gdzieś plecaki i ruszyć w drogę na lekko, bo przecież i tak zaraz będziemy tu wracać. Nigdzie niestety nie znaleźliśmy odpowiedniego miejsca i jak się potem okazało bardzo dobrze się stało. W przeciwnym razie mielibyśmy spore kłopoty. Potwierdza się prawda, którą wyznaję: wszystko dzieje się po coś, a po co to często wychodzi dopiero po pewnym czasie. Ruszyliśmy w drogę z naszymi ciężkimi bagażami, ale otwarci na nową trasę. Już po paru metrach natrafiliśmy na ciekawą przeszkodę. Tunel. Musieliśmy przez niego przejść, bo innej drogi nie było. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że ten napotkany przez nas miał 1 km długości, praktycznie zero pobocza poza niewielkimi zatoczkami co jakiś czas i było tam kompletnie ciemno. Gdy w połowie drogi przystanęliśmy to z przodu było… nic, z tyłu było… nic, obok było… nic. Ciemno, zimno i wilgotno. Niezapomniane uczucie. Dobrze, że każdy z nas miał czołówkę. Założyliśmy je na głowy i zwartą kolumną ruszyliśmy do przodu. Gdy tylko ktoś się odezwał wszędzie roznosiło się echo. Puszczony dźwięk miałczącego kota przeszywał z każdej strony. Słyszany odgłos nadjeżdżającego auta był tak rozmyty, że ciężko było określić odległość, w jakiej znajdował się od nas. 1 km idzie się średnio 10 minut. Ja podejrzewam, że w tych warunkach szliśmy dużo krócej. Wrażenie jednak było, jakby ten czas trwał co najmniej pół godziny. Warto było, bo jasność ucieszyła nas tak, jakbyśmy nagle odzyskali wzrok. Chwila odpoczynku i trzeba iść dalej. Przed nami jeszcze 6 km krętą, asfaltową drogą pod górę do miejsca, z którego dopiero zaczyna się szlak na Kierag…

Jak człowiek wpadnie w pewien rytm chodzenia, jak zajmie się rozmową, rozmyślaniem o życiu, robieniem zdjęć na każdym zakręcie, „bo takiego widoczku to przecież jeszcze nie mam” to nawet monotonna trasa betonową drogą mija szybko. Doszliśmy. Doszliśmy do miejsca, którego nazwy nie jestem w stanie wypowiedzieć. Øygardstølen. Tam postanowiliśmy coś zjeść. Była nawet knajpka. Wszyscy mieliśmy ochotę na colę i frytki, ale ich cena nas zabiła, więc tradycyjnie skończyło się na gulaszu z wody na skale.

Gdy nasze organizmy posiliły się i odpoczęły po betonowej serpentynie, postanowiliśmy ruszyć dalej. Przed nami widniała stroma, skalista góra usiana metalowymi palikami z łańcuchami. Wszystko po to, aby było bezpieczniej, aby pomagać turystom. Niektóre paliki z łatwością można było wyjąć, ale to nie stanowi, idziemy. Przeszliśmy może 10 minut, gdy nagle zerwał się wiatr, zrobiło się ciemno i spadł deszcz. Skały zrobiły się śliskie. Jako że byliśmy bliżej ziemi niż nieba, zawróciliśmy, aby przeczekać tę nieprzyjemną aurę. Wtedy poczułam ogromny strach przed tą górą i rozpoczęła się moja wewnętrzna walka. Wszyscy siedzieli w koszmarnie drogiej knajpie, a ja stałam na zewnątrz, patrzyłam przed siebie i zbierałam siły. Przecież jesteśmy tam wszyscy razem, nie mogę ich wstrzymywać, nie mogę być słaba. Strach, który się pojawił miał na prawdę wielkie oczy. Pogadałyśmy sobie szczerze z Górą i jasno jej zakomunikowałam, że nie dam się jej złamać. Trochę to trwało, ale naprawdę w to uwierzyłam. Te 20 minut sprawiło, że na nowo poczułam, że mam nad sobą władzę i to ja tu rządzę. Drugie podejście było pełne determinacji. Jakoś poszło. Musiało pójść naprawdę dobrze, bo nie tylko ja zauważyłam to zwycięstwo Dawida nad Goliatem. Momentami było naprawdę stromo i ślisko. Najlepsza metoda to nie oglądać się za siebie, nie patrzeć w dół, aby nie stracić tej jakże trudno zdobytej pewności siebie. Najważniejszy jest krok na przód – widoczki najwyżej obejrzę dopiero na szczycie. Zadziwiająco sprawnie i szybko nam poszło wdrapanie się na tę już nie tak straszną górę. Przed nami kolejne. Teraz szlak był nieco łagodniejszy choć trzeba było się wspinać po wystających skałach. Tak jednak lubię bardziej niż chodzić po gładkiej, nachylonej ścianie…

Przed nami jeszcze tylko dwie góry i naszym oczom ukaże się sławny Kierag. Zwarci i gotowi idziemy. Na drugim szczycie znów zrobiło się ciemno. Znów zerwał się wiatr. Znów zaczęło padać. Przez jakiś czas nie wiedzieliśmy, co robić dalej. Iść? Wrócić? Zostać? „Poczekajmy chwilę, na pewno to takie przelotne, jak ostatnio!” ktoś rzekł, reszta posłuchała. Staliśmy, mokliśmy, czekaliśmy na poprawę pogody. Gdy zaczęło być dla nas jasne, że raczej to nie nastąpi, a godzina była już późna, szybko oceniliśmy sytuację i wyszło nam, że schodzenie w takich warunkach jest niebezpieczne. Pójście dalej tym bardziej. Postanowiliśmy zostać w tym miejscu, w którym byliśmy. Rozbić tam namioty i przetrwać jakoś tę noc… Rozstawianie namiotu w deszczu, gdzie jesteśmy już przemoczeni, a gleba jest nasiąknięta wilgocią nie należy do najprzyjemniejszych zajęć na świecie.  Padało i wiało coraz mocniej. Powrócił strach. W paru postaciach i stadiach, w zależności od natężenia wiatru i deszczu. Tym razem odczuwaliśmy go wszyscy. Czy to na pewno dobra decyzja, aby tam zostać? Na płaskiej powierzchni, gdzie nie ma nic, co mogłoby nas ochronić przed piorunami, przed zmyciem, przed zwianiem w przepaść? Hmm… Teraz, gdy naprawdę zrobiło się już ciemno pozostało nam tylko cierpliwie czekać na poranek. Wszystkie sznurki i śledzie przygwoździliśmy kamieniami do ziemi. Okopaliśmy namioty. Położyliśmy się do środka i czekaliśmy… To była najdłuższa noc w moim życiu. Spałam tylko chwilę. Na siłę znajdowaliśmy tematy do rozmowy, artykuły do czytania, aby tylko odsunąć myśli i przyspieszyć czas. Każda minuta trwała godzinę, a każda godzina tydzień. Leżąc tam nasłuchiwałam czy przestaje padać, czy ten dźwięk, co był słyszalny to jeszcze patrolujący helikopter czy już burza. Czuć było, jak pod namiotem zaczął przepływać wartki strumyk, a tropik unosił się od wiatru tworząc bańkę. I tak w kółko…

Nareszcie jednak nastał upragniony poranek. Pogoda się uspokoiła. Wyszliśmy z namiotów i zobaczyliśmy… najpiękniejszy krajobraz, jaki mógł się ukazać naszym oczom. Wyszło słońce, a promienie padały na nasze zziębnięte twarze. Chmury wisiały pomiędzy górami, a my stąpaliśmy ponad nimi. Długo nie mogliśmy uwierzyć w to, co widzieliśmy. Warto było przeżyć taką noc dla takiego poranka. Dookoła było pusto, tylko my, ocaleni i szczęśliwi, że poprzednie godziny stały się przeszłością. Zjedliśmy śniadanie, wysuszyliśmy na słońcu nasz ekwipunek i ruszyliśmy w drogę powrotną. Dotarcie do Kieragu straciło dla nas na znaczeniu. Niech inni stąpają po tym kamieniu, my mamy inne wyzwania, których na pewno nie zapomnimy przez lata.

Idąc mijaliśmy ludzi, którzy kierowali się w stronę naszego wczorajszego celu. Patrzyli na nas i nie mieli pojęcia, jakie emocje nam towarzyszyły przez ostatni czas. Beztroskie postacie w podkoszulkach i krótkich spodenkach przemykały obok, a my skupieni z uśmiechami na twarzy, silniejsi niż kiedykolwiek wypatrywaliśmy Lysebotn. Tam była przystań, poczekalnia na prom, który miał się zjawić dnia następnego. Tam właśnie, pod drewnianym dachem zamierzaliśmy spędzić następną noc susząc wszystko, co mieliśmy. Rozbiliśmy kolejną rumunię na najwyższym poziomie. Doświadczyliśmy prawdziwego prysznica, smaku piwa (przynajmniej niektórzy z nas) oraz wzbudziliśmy podziw u pewnego Niemca, który był pod wrażeniem naszej przedsiębiorczości.

To już prawie koniec podróży. Jeszcze tylko promem do Stavanger i do domu. Nic już nie może zachwiać ustalonym planem. Czy aby na pewno? Jak się potem okazało to nie jest jeszcze ostatnie słowo w tej historii… 🙂

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s